Rozdział 3
Kolacja wyszła
koszmarnie. Spóźniłem się ponad pół godziny, bo Fields zwołał nagle zebranie,
akurat wtedy, gdy zbierałem się do wyjścia. Dotyczyło kwestii pożegnania
Patricka. Czy to naprawdę musiało zostać omówione akurat wtedy? Wydaje mi się,
że chyba nie. Do tego Agnes była niesamowicie wkurzona, w sumie słusznie.
Skończyło się tylko na deserze i kłótni w samochodzie.
-Alec! Gdzie ty byłeś?! - wydarła się od
razu, gdy usiadłem na przeciwko niej przy okrągłym stoliku w najdroższej
restauracji w mieście. Zazwyczaj nie odwiedzam takich miejsc, ale nalegała, a
ja oczywiście znowu jej uległem.- Czekam na ciebie od prawie pół godziny! -
zmierzyła mnie nienawistnym spojrzeniem, kiedy chciałem pocałować ją na
powitanie.
-Musiałem zostać na uczelni - zacząłem się
tłumaczyć.- Dziekan ostatnio daje wszystkim coraz więcej obowiązków. Nie miałem
wyjścia.
-Ta twoja praca zaczyna mnie coraz
bardziej irytować - stwierdziła, popijając sok, który chyba zdążyła zamówić
przed moim przyjściem. Szkoda, że nie pomyślała o czymś innym. Otóż moja praca
równa się kasa, a kasa równa się jej głupie kosmetyki. Wydaje na nie krocie. Za
co je kupuje? No pomyślcie...
-Nic na to nie poradzę - westchnąłem i
zacząłem przeglądać menu.
-Weź tylko deser. Niedługo wychodzimy -
rzuciła oschle.
-Dlaczego? - no ludzie, nawet nie wolno mi
jeść? Pracowałem cały dzień i jestem wykończony. Ta kobieta to wcielenie zła.
-Bo tak. Wszystko popsułeś. Poza tym muszę
się wyspać. Jutro wcześnie rano mam klientkę - wyjaśniła i zmierzyła kelnera
obojętnym wzrokiem.- Dwie szarlotki z lodami.
-Ale... - chciałem zaprotestować, bo wcale
nie na to miałem ochotę.
-To wszystko - uśmiechnęła się przyjaźnie,
odsyłając młodego człowieka w okularach z powrotem w głąb restauracji.
Postanowiłem nie protestować, bo to i tak nic nie da, a tylko pogorszy sprawę.
Jakoś godzinę później wsiedliśmy do samochodu, oczywiście w grobowej
atmosferze. Cisza była jeszcze gorsza do zniesienia niż ta, gdy moi studenci
nie znają odpowiedzi na pytanie i wbijają wzrok w podłogę, w nadziei na szybkie
wyjaśnienie zagadnienia.
-Zwolnij! - krzyknęła Agnes, która do tej
pory siedziała cicho i grzebała w telefonie.
-Jadę zgodnie z przepisami - oznajmiłem,
ostro hamując przed skrzyżowaniem.
-Mam dość! Wysiadam.
-Gdzie? Tutaj, na środku ulicy? - zacząłem
się śmiać.
-Alec! - znowu się wydarła, bo ruszyłem z
piskiem opon. Nie moja wina, że te światła tak szybko się zmieniają. Przecież
nie przejechałem na czerwonym. W końcu jestem prawnikiem.
-Tak? - spytałem beztrosko.
-Chcę do domu - warknęła. Ja też chciałem.
Ten dzień był wykańczający.
Tydzień później miałem za sobą już drugie zajęcia z pierwszakami. Agnes
trochę przeszło i przestała się na mnie wściekać, gdy zobaczyła ekstra dodatek
do pensji na koncie. Oczywiście natychmiast poszła na zakupy, ale postanowiłem
przestać zwracać na to uwagę. Tak będzie lepiej dla nas obojga.
-Dzisiaj omówimy bliżej zagadnienia
związane z podstawowymi pojęciami w prawoznawstwie - oznajmiłem, wyświetlając
prezentację. Nawiasem mówiąc, Agnes nie dała mi jej wczoraj skończyć, bo jej
laptop się zepsuł i uznała, że koniecznie musi zrobić coś na stronie swojego
salonu kosmetycznego.- Otóż rodzaje wypowiedzi... - zacząłem zajęcia. Jakiś
czas później trochę patrzyłem się na moją brunetkę, znaczy się Shylene.
Siedziała jakaś taka zestresowana. Już miałem rzucić, że to nie kolokwium, ale
w porę się powstrzymałem.
-Panie doktorze, jaka jest różnica między
dyrektywą celowościową a optatywą? - spytał chłopak z pierwszego rzędu.
-Dojdziemy do tego później. Pod koniec
dzisiejszych zajęć lub na początku następnych - odpowiedziałem uprzejmie, kątem
oka obserwując, jak Shylene rozmawia cicho z chłopakiem siedzącym obok. To był
ten sam dziwny typek w okularach, który tydzień temu też tam siedział.
Postanowiłem, że będę mieć go na oku. Tak na wszelki wypadek.
Po zajęciach przyszedł czas na plusy. Jakoś rok temu wymyśliłem, że na
moich ćwiczeniach studenci będą dostawać plusy za aktywność. Tak na zachętę.
-Pani Wilson? - zaczepiłem ją, gdy
wychodziła z sali, z nosem utkwionym w telefonie.- Dzisiaj zgłosiła się pani
raz i niestety nie mogę postawić plusa, ale myślę, że za tydzień może się udać
- uśmiechnąłem się przyjaźnie.
-Dziękuję. Do widzenia - mruknęła, nieco
zaskoczona moją wypowiedzią. Muszę przyznać, że ta dziewczyna coraz bardziej
mnie intryguje.
Komentarze
Prześlij komentarz