Rozdział 13
Cudem
dotrwałem do końca tygodnia. Piątek był jeszcze gorszy, bo Fields nagle ogłosił
nadzwyczajne zebranie i trzymał nas na wydziale kilka godzin. To się w głowie
nie mieści! Ta uczelnia kiedyś mnie wykończy.
-Ale
co to właściwie jest za film? Znowu jakaś komedia romantyczna? - spytałem Agnes
w niedzielny poranek. Otóż wczoraj wymyśliła, żebyśmy wybrali się do kina i
odreagowali ten szalony tydzień. Zgodziłem się bez wahania.
-Niee.
Teraz grają "Bohemian
Rhapsody". Już kupiłam bilety na szesnastą - wyjaśniła, porządkując
kosmetyki.
-To
świetnie.
-Ledwo
biletów starczyło. Obyśmy się nie zawiedli.
-Masz
dzisiaj jakieś klientki?
-Tak,
ale tylko jedną, za godzinę. Idzie na chrzest. Potem jestem już cała twoja -
mruknęła, posyłając mi uśmiech.
Jako środek transportu wybraliśmy tramwaj,
bo znając życie, to wracający z domu studenci stworzą niezły korek. Jednak na
przystanku okazało się, że nie do końca. Ludzi było co nie miara, nawet w
galerii, a co dopiero w samym kinie. Na samą myśl stania w tej okropnie długiej
kolejce odechciewało mi się żyć.
-Co
za baba?! - wrzasnęła Agnes, gdy jakaś kobieta przed nią niechcący uderzyła ją
włosami prosto w twarz. Aż chciało mi się śmiać na ten widok. Niestety chwilę
później z przykrością musiałem stwierdzić, że z mojej dziewczyny ponownie
wychodzi mały diabełek.- Jak tak można?!
-Mam
nadzieję, że szybko się uwiniemy - mruknąłem, nagle czując ból w kręgosłupie.
To pewnie przez te zajęcia, których w tym tygodniu miałem co nie miara. Kochany
Fields...
Kilka minut później cudem odebraliśmy bilety
i kupiliśmy popcorn. Oczywiście wszystko niosłem ja - łącznie z torebką Agnes,
bo przed chwilą poszła do toalety. Musiałem jakoś dostać się z tym całym
majdanem na salę kinową i niczego nie wywalić.
Kiedy już odnalazłem wzrokiem odpowiednie
drzwi, prawie padłem i upuściłem wszystko na podłogę. Otóż nieopodal
dostrzegłem Shy. Stała przy ścianie z jakimś chłopakiem. Byli bardzo blisko.
Rozmawiali o czymś, co chwilę wybuchając śmiechem. Kiedy zorientowałem się, że
pożeram ją wzrokiem od dłuższego momentu, było już za późno. Zauważyła mnie.
Jednak nawet nie dała tego po sobie poznać. Może to lepiej?
-Aż
taka długa kolejka była? - spytałem Agnes, gdy w końcu pojawiła się w sali, w
której ja siedziałem od dobrych kilku minut. Zdążyłem już zjeść prawie połowę
popcornu.
-Niestety
- rzuciła, rozsiadając się w fotelu i zabierając mi z rąk jedzenie.- Jakie
dobre! - powiedziała z pełnymi ustami.
-Masz
- podałem jej torebkę.
-Dzięki.
Tak w ogóle to... - zaczęła nawijać, ale natychmiast przestałem jej słuchać, bo
do sali weszła nagle Shy z tym swoim typkiem. Usiedli po przekątnej, kilka
rzędów niżej, więc miałem na nią świetny widok. Niestety zapomniałem, że zaraz
zrobi się ciemno i nic z tego. Jak pech to pech. Wiesz coś o tym, Martin.-... I
co myślisz? - spytała Agnes na koniec, wlepiając we mnie naglące spojrzenie.
-Eee...
No więc...
-Alec,
czy ty mnie w ogóle słuchałeś?
-Bo
wiesz...
-Jesteś
okropny - burknęła, ale zaraz potem światła zgasły, uwalniając mnie od
odpowiedzi. Po kilku jakże nudnych reklamach zaczął się film i Agnes już nic
nie mówiła.
Seans był świetny. Uwierzcie albo nie, ale
dawno nie widziałem tak dobrego filmu (a trochę się na tym znam, bo przez Sama
zostałem kinomanem, z naciskiem na filmy francuskie). Kiedy światła ponownie
się zapaliły, mój wzrok od razu spoczął na Shy. Właśnie wstała i udała się do
wyjścia, trzymając za rękę tego swojego dziwnego typka. Poczułem wewnętrzny ból
z tego powodu, ale postanowiłem to zignorować ze względu na Agnes.
-Tak
szczerze to zjadłabym coś - rzuciła, gdy wyszliśmy z kina.
-Coś
konkretnego? Bo słyszałem, że jest tu restauracja ze świetnymi makaronami -
zaproponowałem.
-Oo,
to jest to - zgodziła się i ruszyliśmy wzdłuż alejki. W centrum handlowym nadal
było pełno ludzi, więc nie było opcji, żebym dostrzegł, w którą stronę poszła
Shy.- O matko, Sephora! Poczekaj tu chwilkę - Agnes nagle się zatrzymała i
niemal siłą posadziła mnie na pobliskiej ławce.
-Ale...
-Zapomniałam,
że miałam kupić bronzer. Skończył się wczoraj, a jutro mam cztery klientki! -
wyjaśniła prędko i zniknęła w królestwie kosmetyków. Ja za to poczułem się jak
ten kretyn, który nie znosi zakupów i czeka na swoją towarzyszkę, prawie
usypiając na głupiej ławce w centrum handlowym.
Siedziałem tam dobry kwadrans, bawiąc się
telefonem. Kiedy Agnes w końcu się pojawiła, znów poszliśmy szukać restauracji.
-To
tutaj - wskazałem po chwili na nieźle wyglądający lokal.
-Chodź
pod okno. Może będzie fajny widok na ulicę? - pociągnęła mnie do stolika.
-Dobry
wieczór - kelner podszedł niemal natychmiast, od razu podając nam menu. W
zasadzie to też zgłodniałem i chętnie coś zjem.
-Dziękujemy
- uśmiechnęła się, otwierając złotą kartę w poszukiwaniu osławionych makaronów.
Ja również zacząłem szukać czegoś dla siebie, w międzyczasie rozglądając się
wkoło. W pewnym momencie zamarłem. Ewidentnie poczułem, że serce mi staje i nie
mogę oddychać. Byłem w szoku, widząc, że przy równoległym do naszego stoliku
siedzi Shy! Ewidentnie nie wiedziałem, co robić. Na razie mnie nie zauważyła,
ale co będzie potem? Może zaproponuję Agnes inny lokal? Albo wiem! Pójdę do
toalety i już nie wrócę, a później napiszę jej smsa, że źle się poczułem i
musiałem wracać do domu. Nie. To głupie. Co się ze mną dzieje?
-I
co? - spytała nagle, wyrywając mnie z tego transu.
-Tak?
- odpowiedziałem pytaniem.
-Mówię
do ciebie od dobrej minuty. Co zamawiamy? - spytała lekko poirytowanym głosem.
Niby jej słuchałem, ale mój wzrok automatycznie spoczął na Shy.
-Ee...
Weź coś obojętnie... - mruknąłem, robiąc się czerwony twarzy, bo ten typek
nagle złapał ją za rękę. To niedorzeczne!
-Ale
co? Odpowiedz mi!
-Noo...
Wodę - rzuciłem, dostając białej gorączki. Shy tak bardzo uśmiechała się do
swojego towarzysza, że szlag mnie chciał trafić.
-Alec,
co się dzieje? Co ty robisz? - spytała Agnes.- Alec, co... Co to ma być?! -
niemal wrzasnęła. Chyba podążyła za moim spojrzeniem i dostrzegła Shy. O nie.
-Nic
- próbowałem przywołać się do porządku.- Nie... To nic takiego - dodałem, z
powrotem patrząc na nią i nerwowo miętosząc między palcami serwetkę. Nawet nie
zauważyłem, że to robię.
-Alec!
Kto to do kurwy nędzy jest?! - krzyknęła całkiem głośno. Była wściekła, bo aż
pojawiła jej się żyłka na czole. Mam przerąbane.
-Kto?
-No
ta dziewczyna. O tam - wskazała na Shylene. Na moje nieszczęście, akurat się na
nas spojrzała. Agnes od razu obdarzyła ją śmiercionośnym spojrzeniem, a ja
modliłem się o szybką i bezbolesną śmierć.
-To...
Nic takiego. Nie znam jej - burknąłem, nerwowo przełykając ślinę.
-Wiem,
że znasz! Nie udawaj!
-Naprawdę
nie znam - odpowiedziałem najbardziej spokojnym tonem.
-W
takim razie mnie pocałuj - rzuciła, całkiem mnie zaskakując. Widziałem, że Shy
co chwilę na nas zerka, ale nie miałem wyboru. Koszmar.
Komentarze
Prześlij komentarz