Rozdział 1
To nie jest zwykła
historia. To nie było tak, że spotkało się dwoje ludzi i zakochali się w sobie.
Nie tym razem.
-Witam, witam koledzy - nagle w kawiarence
pojawił się Caleb, wykładowca od doktryn.- A czarnej nie było? - spytał,
podchodząc do mnie i z obrzydzeniem patrząc na zawartość papierowego kubka z
kawą.
-Zły dzień, Smith? - spojrzałem na niego z
politowaniem.
-Nie tak zły jak mój - czekałem, aż mi
odpowie, ale nagle przerwał nam Samuel. Po prostu się przysiadł i walnął
aktówkę na stół, prawie przewracając mój napój.
-Stacy cię rzuciła? - zasugerował zabawnym
tonem Caleb, wciąż nie dając spokoju.- A może zdradziła?
-Nic z tych rzeczy, geniuszu - rzucił
tajemniczo, po czym przeczesał ręką swoje niemal czarne włosy. Zawsze mu ich
zazdrościłem. Moje oscylowały coś koło ciepłego blondu, przez co balansowały na
cienkiej granicy bycia i nie bycia rudym. Nie raz przysporzyły mi problemów.-
Wracam od Fieldsa - mruknął, aż wywracając oczami.
-Powiesz w końcu coś więcej? - nasz kolega
postanowił nie dawać za wygraną, a widziałem, że mój przyjaciel chyba nie jest
chętny do dzielenia się tym z tym walniętym profesorkiem.
-Caleb, nie masz przypadkiem teraz jakichś
zajęć? - spytałem, dyskretnie spoglądając na zegarek.
-No tak! Zupełnie zapomniałem! -
potwierdził i zaczął się śmiać. Następnie opuścił kawiarenkę, wymachując swoim
plecaczkiem.
-Dajesz, stary - poklepałem Samuela
przyjacielsko po plecach w nadziei, że w końcu rozwinie temat.- Nie mam całego
dnia. Zaraz zaczynam zajęcia z pierwszakami.
-Patrick odchodzi na emeryturę. Wcześniej
niż planował.
-Ale... - przerwałem mu.- Jak to? Miał
zostać do przyszłego roku.
-Wyprowadza się do Nebraski, do syna.
Podobno uznał, że nie ma po co zwlekać i odszedł sam. Fields chciał go tu
trzymać jak najdłużej. Teraz wlepił mi po nim wykład i wszystkie zajęcia, które
do tej pory prowadził, rozumiesz?! To jest jakiś absurd! Stacy mnie zabije! Już
i tak widujemy się teraz raz na tydzień, w przerwie moich zajęć i dyżuru.
-Stary, tak mi przykro - posłałem mu
współczujące spojrzenie.- Zawsze myślałem, że Fields wszystko ogarnia, a tu
masz... Nie mogą zatrudnić drugiego logika na miejsce Patricka?
-Nie, bo uczelni na to nie stać. Poza tym
w obrębie stanu nie ma ich zbyt wielu.
-Ale popatrz na to z innej strony - na
pewno dostaniesz ekstra pensję - pocieszałem go, jak tylko mogłem, jednak
sytuacja rzeczywiście nie przedstawiała się zbyt kolorowo.
-Którą Stacy wyda na ubrania. Ja prędzej
nabawię się bezsenności lub dostanę zawału od tej kawy - spojrzał na kubek, po
czym zabrał mi go i wypił łyka.- Dzięki, Martin - poklepał mnie w ramię.-
Widzimy się w piątek u Brooksa?
-Jak zawsze - potwierdziłem, posyłając mu
pokrzepiający uśmiech.
Niedługo potem przyszedł czas na moje pierwsze w tym roku akademickim
zajęcia z pierwszakami. Niby nic wielkiego, ale zawsze ciekawi mnie, ilu z nich
zdoła utrzymać się do końca studiów i osiągnie coś w tym kierunku.
-No dobrze, moi państwo. Przedmiot nazywa
się prawoznawstwo, a ja jestem doktor Alexander Martin - przedstawiłem się, gdy
moja grupa zajęła miejsca w sali. Było ich całkiem sporo, w większości
chłopcy.- Dzisiaj zaczniemy od zagadnień wstępnych, ale najpierw sprawdzę listę
obecności - wziąłem z biurka wydrukowaną kartkę.- Pan Adams? Pani Darnell?... -
czytałem i rozglądałem się po sali, żeby zidentyfikować każdą osobę i postarać
się zapamiętać chociaż kilkoro z nich, co zawsze przychodzi mi z wielkim
trudem.- ...Pani Wilson? - kontynuowałem, a rękę podniosła drobna brunetka w
okularach. W pewnym momencie nasze spojrzenia się spotkały. Siedziała w drugim
rzędzie, dokładnie na przeciwko mojego biurka. Nie wiedziałem, co się dzieje,
ale nie mogłem przestać się na nią patrzeć. Przez sekundę czas tak jakby stanął
i zamarłem, ale w porę zdołałem się opanować, żeby nie wyjść na idiotę i
niekompetentnego doktora prawa.- ...Ekhem, Pan Woods? - czytałem nazwiska
dalej, czując, że z tego wszystkiego w sali zrobiło się jakoś tak gorąco.
Postanowiłem więc otworzyć okno.
-Mógłby pan doktor zamknąć? Jestem
przeziębiony - odezwał się jakiś student z pierwszego rzędu.
-Oczywiście - przytaknąłem najsłodszym i
najprzyjemniejszym tonem, w duchu czując rosnącą frustrację.- Teraz powiem
państwu o planie naszych zajęć i zasadach zaliczenia - usiadłem przy biurku,
ale wtedy uświadomiłem sobie, że jestem na przeciwko brunetki. No nie. Znowu
się na nią spojrzałem i wtedy uświadomiłem sobie, o co chodzi. Ona wygląda jak
Agnes. Tak. Jestem pewien. Mają coś wspólnego. Włosy, układ twarzy...
-A ile można mieć nieobecności? - nagle
głos zabrała blondynka siedząca w przeciwległym końcu sali.
-Eee... Jedną nieusprawiedliwioną i... -
nie dokończyłem, bo mojej brunetce, znaczy się studentce, upadł długopis.
Musiała się po niego schylić, a ja wtedy mogłem bezkarnie się jej przyjrzeć.
Kolor włosów zdecydowanie przypominał ten Agnes. Tak mniej więcej. Jednak te
były jakby bardziej... ciekawe? -... I potem zwolnienie od lekarza -
dokończyłem swoją wypowiedź.
To były najgorsze, a zarazem najlepsze zajęcia, jakie przyszło mi
poprowadzić. Do końca nie mogłem przestać się na nią gapić. Shylene to naprawdę
ładne imię.
SMS od: Agnes
Kochanie, co z dzisiejszą kolacją?
O
cholera! Całkiem bym zapomniał. Jakoś tydzień temu umówiliśmy się na kolację w
drogiej restauracji w centrum. Miała to być rekompensata za to, że w dzień
naszej rocznicy musiałem siedzieć do późna na uczelni. Niech to szlag!
Komentarze
Prześlij komentarz