Rozdział 4
Biorąc
pod uwagę wszystkie wskazówki Jasona, starałam się być na bieżąco z materiałem,
jednak było to nieziemsko trudne. To znaczy, nie byłoby trudne, gdyby to
faktycznie była dziedzina, która mnie interesuje, jednak od dawna wiedziałam,
że prawo to nie moja bajka i zdecydowałam się studiować ten beznadziejny
kierunek tylko przez wpływ przyjaciela na moją decyzję. Nie zrozumcie mnie źle,
podziwiam wszystkich, którzy są w stanie studiować prawo, po prostu mnie
osobiście ono nudzi i sprawia niemałe trudności.
Jeśli chodzi o te trudności to
pojawiły się one dość szybko. Najpierw miałam problem jedynie z prawoznawstwem,
z którym na szczęście Jason mógł mi pomóc. Niestety w pewnym momencie i on się
poddał. No bo ile można tłumaczyć to samo?
-
Shy to wcale nie tak
-
Ale przecież właśnie powiedziałeś to samo – zaprotestowałam, kiedy chłopak po
raz kolejny skrytykował mój sposób rozumienia normy kompetencyjnej – I
dokładnie to samo jest zapisane tutaj – wskazałam kartkę, na której zapisałam
najważniejsze zagadnienia z ćwiczeń.
-
Shylene… - westchnął Jason, przeczesując ciemne włosy ręką – Nie wiem czy
jestem w stanie ci dalej pomagać. Nie patrz tak na mnie – dodał, widząc moją
minę – Mogę ci wyjaśnić parę zagadnień na bieżąco, ale nie siedzieć nad całym
materiałem. Miałem to trzy lata temu i części sam nie pamiętam, na dodatek mam
też inne obowiązki, które ostatnio zaniedbałem…
No tak, wiedziałam o jakie obowiązki
chodzi. I to nie było prawo gospodarcze, na które zawsze narzeka, że trudne i
że nie zda. Nic z tych rzeczy. To była jego dziewczyna, Nicole, z którą zaczął
się spotykać jakoś na początku października.
-
Dobra, to pójdę na dyżur do doktora Martina – odpowiedziałam, próbując nie dać
po sobie znać, jak bardzo mnie to zabolało. Nie było to trudne, gdyż Jason
nigdy nie zauważał emocji innych, chyba że były ewidentnie wypisane na twarzy.
Co nie zmieniało faktu, że było mi przykro. Spędzał ze mną dwie godziny
tygodniowo, jeśli dobrze poszło, a i to większość tego albo omawialiśmy
prawoznawstwo, albo słuchałam o jego życiu. Resztę swojego czasu poświęcał
Nicole, a ja zaczęłam żałować, że nie zdecydowałam się na inny uniwersytet
bliżej domu i przyjaciół z liceum.
-
Dobry pomysł, to ja już idę
I tyle go widziałam. Tego dnia
obiecałam sobie, że jeśli sytuacja się nie zmieni, a ja zaliczę pierwszy rok,
złożę podanie na inny uniwersytet i spróbuję się tam przenieść. Zresztą, nawet
gdybym nie zdała, mogłabym ponownie przejść rekrutację i to na kierunek, który
faktycznie mnie interesował.
Po wyjściu Jasona sprawdziłam dyżury
doktora Martina, a następnie umówiłam się z Zoey do kina. Potrzebowałam
przyjaciółki, a ona była najlepsza.
-
Nie wierzę, że to zrobił – powiedziała dziewczyna, kiedy opowiedziałam jej co
zrobił Jason.
Przez kilka minut mogłam posłuchać o
ignorancji i bezczelności mojego, chyba, przyjaciela, co zdecydowanie podniosło
mnie na duchu i dało chęci do życia na następne kilka dni albo przynajmniej
kilka godzin.
-
No zrobił, a ja teraz muszę iść na dyżur do Martina
-
Do Martina? To czemu mówisz to tak niechętnie? Ostatnio byłaś nim zachwycona
-
Zoey, to było miesiąc temu, a mi naprawdę się nie chce iść na uczelnię w piątek
wieczorem, bo tylko wtedy przyjmuje studentów. Pewnie specjalnie wybrał taki
dzień, żeby nikt nie przyszedł i mógł iść do domu
-
Nawet jeśli to pokrzyżujesz mu plany
-
Raczej to on pokrzyżował moje – powiedziałam, wpatrując się w nadjeżdżający
autobus, który miał mnie zabrać do domu.
Zanim nadszedł piątek, musiałam
przeżyć okropny czwartek. Był to mój znienawidzony dzień na uczelni. Nie dość,
że miałam dużo zajęć, to jeszcze te mało lubiane. Serio. Po co mi ekonomia albo
doktryny polityczno-prawne? Moje odczucia podzielali też inni studenci, gdyż
było ich coraz mniej na wykładach i ćwiczeniach. Wyjątek stanowiła łacina i
prawoznawstwo. Serio, nie wiem jak to się działo, ale na tych przedmiotach
niemal zawsze byli wszyscy.
-
Pan Adams? Pani Hawkins? Pan…
To był dopiero początek zajęć, a ja
już przestałam słuchać. Byłam zmęczona, a doktryny, które skończyły się przed
pięcioma minutami dały mi w kość do tego stopnia, że jedyne na co miałam ochotę
to wejść pod kołdrę i iść spać. Sprawy nie ułatwiała też pogoda. Szaro, zimno i
deszczowo. Komu chciałoby się robić cokolwiek?
-
Shy, to ty – szturchnął mnie, siedzący koło mnie Ross. Poznaliśmy się zaraz na
początku roku akademickiego i na szczęście trafiliśmy do jednej grupy na
ćwiczeniach. W przeciwnym razie nie znałabym nikogo na start.
-
Tak? – podniosłam głowę, wpatrując się w wykładowcę.
-
Panno Wilson, byłbym wdzięczny gdyby pani uważała, przynajmniej przy
sprawdzaniu obecności. No chyba że nie zależy pani na zaliczeniu
Kiwnęłam głową, cicho przepraszając,
jednak jego słowa dały mi do myślenia. Mimo to, próbowałam się skupić na
reszcie zajęć i chyba poszło mi całkiem nieźle. No, poza faktem, że nie
zgłosiłam się ani razu i nie dostałam plusika. Zresztą, nie bardzo mi na nim
zależało. Lubię zdawać egzaminy i zaliczenia, wiedząc, że zaliczyłam, bo
faktycznie umiem, a nie dlatego, że miałam plusy, chociaż i tak nigdy nie wiesz
czy one się przydały czy nie.
Gdy tylko zajęcia się skończyły,
zaczęłam się pakować, jednocześnie rozmawiając z Rossem o filmie, na którym
ostatnio byłam z Zoey. Chłopak chciał zabrać na niego swoją dziewczynę, z
okazji rocznicy, co uważałam za genialny pomysł, bo ta komedia romantyczna była
genialna.
Wychodząc, poczułam, że ktoś na mnie patrzy. Kiedy się
odwróciłam, mój wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem doktora. Albo miałam
wrażenie, albo był mną zawiedziony. Gdy zorientował się, że na niego patrzę,
złapał za telefon i z obojętną miną wyszedł z sali zaraz za nami.
Komentarze
Prześlij komentarz