Rozdział 9


Przemierzałem właśnie korytarz naszego pięknego uniwersytetu. Nigdy nie zrozumiem, jak można było zaprojektować tak niefunkcjonalny budynek. Nawet nasz dziekan czasami się tu gubi, a co dopiero ja, który prawie zawsze gdzieś się spieszy.
-A ty gdzie? - przy schodach spotkałem Sama.
-Na wykład. Sorki, ale i tak jestem już spóźniony - chciałem zgrabnie go spławić i wyminąć, jednak nagle złapał mnie za ramię i pociągnął za najbliższy filar.
-Sam, co ty odwalasz? Muszę iść na zajęcia. Zmieniłeś orientację, czy co? Mam zadzwonić do Stacy?
-Myślę, że to, co teraz powiem może cię zainteresować - oznajmił, posyłając mi tajemniczy uśmiech.- Otóż twoja studentka była wczoraj u mnie na dyżurze - wyjaśnił, a ja zamarłem. Co? Jak?
-Ale...
-Była kompletnie zielona z logiki, ale wystarczyła godzina, żeby wszystko załapała - oznajmił. Nie. No nie. To mają być "nasze" dyżury. Ona ma się widywać po zajęciach ze mną, nie z Samem!
-Stary, zaszła pomyłka.
-Czyli?
-Już więcej do ciebie nie przyjdzie.
-Bo? Zaraz, zaraz... Czyżby ktoś tu był zazdrosny? - zaczął się ze mną droczyć.- Uuu...
-Sam! Nie! Po prostu ja jej mogę wszystko wytłumaczyć. Po co ma chodzić do kilku wykładowców, skoro...
-Skoro może tylko do ciebie. Załapałem - klepnął mnie w rękę i poszedł, pogwizdując pod nosem.
     No nic. Ten człowiek trochę mnie wkurzył, ale musiałem tam iść i poprowadzić wykład z zaocznymi studentami. Nie przepadam za tymi zajęciami. Do tej pory uważam, że bardziej nadaję się na ćwiczeniowca, a do tego studenci niestacjonarni bywają nieznośni. Bardzo nieznośni.
-Cisza, zaczynamy wykład - oznajmiłem po długiej chwili, gdy już zdołałem się rozpakować i w miarę ogarnąć. Nie lubię tej sali. Jest największa na całym wydziale i czuję się w niej jak w kinie. Do tego studenci są po niej bardzo rozproszeni i myślą, że ich nie widzę i mogą robić, co tylko chcą. Rekordzista jadł kanapkę i rozmawiał przez telefon. Brawo. Gdyby nie to, że płacą mi za ten wykład grubą kasę, to bym stamtąd wyszedł.
-Dzisiaj zajmiemy się rozdziałem drugim, czyli predykatami... Otóż imię własne to...
-Ej, ty patrz, jak się obciął - po chwili usłyszałem jakieś żeńskie szepty.
-No ba! Wygląda o niebo lepiej!
-Słodziak!
   Postanowiłem jednak puścić te komentarze mimo uszu i jak gdyby nigdy nic kontynuować wykład.
-Mają państwa jakieś pytania? - spytałem na koniec. Byłem skrajnie wykończony, a zdołałem przerobić zaledwie połowę rozdziału. To niedorzeczne.- Nie? W takim razie widzimy się za tydzień. Życzę miłej niedzieli - uśmiechnąłem się i zacząłem pakować manatki. Moi studenci z prędkością błyskawicy opuścili salę, a zaraz za nimi dostrzegłem w drzwiach znajomą postać.
-Dzień dobry. Można? - spytała nieśmiało Shylene, obdarzając mnie spojrzeniem.
-Aa, tak, tak. Oczywiście! - odpowiedziałem chyba trochę zbyt entuzjastycznie. Nie moja wina, że na jej widok serce nagle zaczęło mi szybciej bić. Uspokój się, Alec. Wdech, wydech, wdech...
-Mam do pana sprawę... - zaczęła, podchodząc do biurka.
-W czym problem? Chodzi o logikę? - nie wiem, jak, ale to powiedziałem. Tak po prostu. Jestem głupi i tyle.
-Ee... Właściwie to też - spojrzała na mnie zaskoczona.- Byłam wczoraj na dyżurze u doktora Halla, ale niestety nie zdążył mi wytłumaczyć wszystkiego.
-Rozumiem. Gdzie skończyliście? - jedną ręką już kartkowałem książkę, a drugą odsunąłem jej krzesło.
-Ale to nie będzie problem? - spytała nieśmiało, siadając tuż obok mnie. Od razu poczułem zapach jej perfum i na chwilę odpłynąłem.
-Nie, pani Wilson. Od tego jestem - uśmiechnąłem się.
-Skończyliśmy na funktorach... - wskazała palcem i zaczęliśmy. Siedzieliśmy nad logiką dobrą godzinę, a ja zupełnie zapomniałem o całym świecie.
    Dokładnie pięć po dwunastej, czyli teoretycznie nie w godzinach mojego dyżuru, pędem wskoczyłem do samochodu i ruszyłem do centrum handlowego. Wiedziałem, że jestem mega spóźniony i Agnes mnie zabije. Przed chwilą wysłałem jej smsa. Odpisała "jestem w Douglasie" i poczułem wielką ulgę. Niby miałem odebrać ją o jedenastej, ale na szczęście zakupy się przedłużyły. Jeden zero dla mnie.
-Hej - wszedłem do sklepu i pocałowałem ją na powitanie w policzek.
-Trzymaj to - od razu wcisnęła mi koszyk pełen różnych dziwnych rzeczy, których przeznaczenia nawet nie chcę znać.
-Chodziło pani o te cienie? - podeszła do nas ekspedientka i podała Agnes jakieś małe czarne pudełko.
-Tak! To te! Dziękuję - ucieszyła się, jakby to były jej urodziny.- Alec, idź z tym do kasy. Ja muszę jeszcze wskoczyć do Sephory - posłała mi uśmiech i już jej nie było. Spojrzałem z rezygnacją na pełen koszyk.
-Płaci pan pięćset dolarów. Kartą czy gotówką? - spytała sympatyczna kobieta, po dobrych kilku minutach nabijania na paragon tego wszystkiego.
-Przepraszam, ile? Czy ja dobrze usłyszałem?
-Tak, pięćset dolarów - oznajmiła spokojnym tonem. Że co?! Pięćset dolarów za głupie kosmetyki? To istne szaleństwo!
-Kartą - mruknąłem pod nosem, wyjmując z kieszeni portfel. Kiedyś chyba dostanę zawału...
-Oo, już jesteś! - Agnes wyszła z innego sklepu z mniejszą torbą, niż ta, którą obecnie niosłem.- A teraz do Starbucksa!
-Boże, daj mi siłę - mruknąłem tak cicho, żeby nie słyszała. Szliśmy alejką i nagle moje myśli odpłynęły daleko stąd. Daleko, bo aż na wydział i moje dzisiejsze zajęcia. Właściwie to nie zajęcia, ale dyżur, a raczej drugi dyżur. Shylene... Jedno imię. Siedem liter. Zaledwie kilka tygodni znajomości. Milion uczuć. Jedna jedyna pewność, że postępuję źle. Bardzo źle.

Komentarze

Popularne posty